sobota, 15 kwietnia 2017
kwiecien...
Jaz opatowicki we Wroclawiu to miejsce spedzania czasow w dziecinstwie.To takze miejsce gdzie dziadek wedkowal.Zawsze jednak na robaka...
"Bez polskich znakow" czyli teksty na bezdrozach.
Droga Sw.Jakuba
Santiago de Compostella ,cz.10
Kolejny poranek i znow
dreszcz podniecenia przed kolejnym odcinkiem,ale już nie tak silny i
ekscytujacy,bo wiem ,ze 20 km dalej jest cel mej podrozy.Sniadanie;jajko
sadzone ,bulka z dżemem i kawa.Malo,ale w plecaku mam jeszcze prowiant z
wczoraj.Niemal przez cala droge jest sucho.Spotykam po drodze pojedynczo
idących znajomych,ale tylko tych ,których mijałem wieczorami w schroniskach,gdy
rozlokowani w pokojach udawaliśmy się na kolacje.Kazdy z osobna pragnal wyciszenia.Nikt
nie zabiegal o towarzystwo.Byli mi nieznani,a ja im.Z nimi nie wymieniałem
pogladow,nie rozmawiałem o sporcie czy wyglądzie miasteczek,które wspólnie,lecz
z osobna odwiedzaliśmy po drodze.Oni pozostali bezimienni.
Pozdrawiamy się ,bo każdy widzi obok
siebie towarzysza wspólnej wedrowki,cięższej czy lżejszej,w deszczu czy w
upale.Czasem człowiek przyjezdza tu po wyciszenie i to pragnie otrzymać.Nie
trzeba się wpychać na sile ze spoufalaniem i zaprzyjaźnianiem.
Wynurzam się z pod wzniesienia,aby
znow zanurkować w kolejna sciezynke wijaca się wśród drzew i zarosli.Gdy
wychynam glowe na powierzchnie jak spragniony powietrza pływak znad poziomu
wody widze w oddali wieze katedy w Santiago.A wiec jestem blisko.Zostaje jakies
trzy kilometry.Wieze sa niewyraźne,ale da się wyczuć wyjatkowosc tego
miejsca.Znow nurkuje w zarosla.Droga wije się tu niczym waz.Kawalek ide wzdłuż
torow kolejowych.Ktos,jakiś pielgrzym idzie również przede mna,a i za mna
kroczy dwóch.
W końcu wynurzam się caly na
powierzchnie,bo jestem na przedmieściach.Robi się coraz gęściej od
pielgrzymow.Jestem zmeczony,ale szczęśliwy.Widze na ich twarzach wyraz podobnej
radości z nuta zawodu,ze to już.Inni pojada jeszcze do Finisterry,na
wybrzeże,ale ja już nawet nie mam funduszy,aby pojechać z nimi.So long – mowi –
CQ z Karoliny polnocnej,gdy spotykamy się na jednej z uliczek na starowce.Nie
chcą tracic czasu i jada jeszcze do Finisterry.Podroznik się zawsze spieszy,by
moc zobaczyć ile się da.It was a great trip.I hope we meet again one day.Ale
nie spotkaliśmy się więcej.Szkoda.
Spotkalem za to Holendra.Stal w
kolejce w punkcie wydawania Testimonium.Potem otrzymawszy nasze certyfikaty(poświadczenia
odbycia pielgrzymki jak kto woli,choć brzmi to raczej jak powod przymusowej
wycieczki z klasa do nielubianego przez wszystkich muzeum szkla,albo
porcelany.)Udalismy się do jednej z magicznych kawiarenek mieszczącej się w
wąskiej uliczce miasta.Ubawilo go,gdy przeczytałem swoje imie na Testimonium
pisane po lacinie.Christophorum,brzmiało jak masc na hemoroidy,a on nie chcial pokazac swojego mowiac ze jest
gdzies gleboko zakopany w plecaku i nie chce go pomietolic przy wyjmowaniu.Saczyl
piwo przybierając poze najedzonego i wypoczętego sołtysa z jakiejś polskiej
zabitej dechami dziury czując chyba
ciagle przewagę kulturowa nade mna.Przebylismy taka sama droge(choc on pewnie
pomagal sobie komunikacja miejska),podobnie stopy puchly nam ze zmeczenia,ale
on wydawal się czuc lepszy i gorowac nad innymi swa holenderskoscia.Pomimo
tego,ze tak samo wylewaliśmy pot, on uwazal pewnie,ze na jego sciezce ktoś rozwinal
czerwony dywan(specjalnie dla niego ),a on zaszczycil innych swa osoba
stawiając stopy na nim podczas, gdy stopy reprezentantow innych
narodow(gorszych w jego mniemaniu)były mniej swiete niż jego.
Może rzeczywiście był sołtysem na
jakiejś holenderskiej wsi,a nie jak mowil wlascicielem pola kempingowego?Ale co
tam.Potem rozeszliśmy się.Ja do schroniska.On do wynajętego(jasnie panicz)pokoju
w hotelu.
Pauliny również nie spotkałem.Pamietam
tylko,ze za nasz ostatni obiad w restauracji,który razem jedliśmy zaplacila
ona.O czym nie wiedziałem.Pewnie to miała być niespodzianka i jakas forma
podziękowania za wspólne lekcje angielskiego i spędzenie czasu razem.Gdy po
posiłku podszedłem zaplacic,kelner powiedział ,ze już zapłacone.Milo z twojej
strony Paulina.
Na drugi dzień zwiedzam Santiago.Chodze
uliczkami.Robie zdjęcia.Mysle o tym co się zdarzylo w podrozy,ale moja uwagę od
myśli odwracają bryloczki,krzyżyki i inne duperele,które maja omamić turystow swym
wątpliwym blogoslawienstwem.Ma to ich przekonać,ze
to ten ,a nie inny jest tym ,którego dotknal sam Jezus.Przewaznie wykonane sa z
tandetnych materiałów i nie grzeszą pieknoscia.Miasto kipi gwarem rozmow i
tloku,wiec uciekam jak najdalej.
Chce się wyspowiadać.Kilka grzesznych myśli
się nazbieralo w czasie drogi.W katedrze wspaniala msza z ogromnym rozbujanym kadzidłem.Ide wzdłuż nawy,szukam kenfesjonalu
z flaga mojego ojczystego kraju,ale nie znajduje.Goruja angielski,niemiecki
francuski.To co chciałbym powiedzieć księdzu byłoby czyms osobistym(zawsze
jest),czyms co wyrazić moglbym jedynie w swoim ojczystym jezyku,ale musze to
zachować dla siebie,bo polskojęzycznego kaplana tu nie uświadczysz.Moze był,ale
zbyt się spiesze ,aby go szukac.Jeszcze tyle ulic w miescie ,zakamarków,zakatkow
zostało,aby je odkryc.A to jest chyba ważniejsze i to wygrywa z potrzebami ducha.
Wracam do domu.
Nad moim biurkiem widnieje mapa
Europy.Zaznaczam na niej miejsca ,które już odwiedziłem.Po wedrowce,kiedy na
swiezo ,z piachem we włosach i opalenizna na ramionach usiadłem za
biurkiem,pierwsza mysla jaka mi przeszla przez glowe było pytanie;Co ja tu
robie majac na myśli miejsce mego zamieszkania,Przeciez zycie jest tam skad
wrocilem.I rzeczywiście,przez moment nie moglem zrozumieć,ze musze wrocic do
codzienności.Codziennych porannych kaw i platkow owsianych,spotykanych po
jednostajnej drodze do pracy sasiadow,mowiac im należyte dzien dobry,tego co
musze ,a nie co chce,pobudek o jednostajnej 6 rano,do zycia bez uniesien gdzie
każdy dzień jest tak samo mdly jak poprzedni,a swiadomosc kolejnego takiego
samego mdłego dniach nazajutrz nie nastraja optymistycznie .Najgorsza jest
jednak swiadomosc ,ze tracimy cos ważnego,poczucie przygody, godząc się na
smutne i szare zycie za co nagroda jest pare pensow na emeryturze i iluzja
bezpieczeństwa doczesnej egzystencji.
Pamietam,ze te iluzje przygody zycia
znikly gdzies w mrokach moich dziejow gdzies pomiędzy;jeszcze jestem
chłopcem,ale za chwile mezczyzna.Przeciez nie tak to miało wygladac(idealista).Mialem
doswiadczac codziennie innych doznan.Mialem spotykać innych ludzi i odwiedzać
inne miejsca.Byc tu i tam,a na końcu napisac o tym ksiazke lub narysować
komiks.Pewnie kiedys to zrobie.
Koniec.
niedziela, 19 marca 2017
"Bez polskich znakow"czyli teksty na bezdrozach.
Droga Sw.Jakuba
Pontevedra – padron, cz.9
Nie pisze o miejscach,zostawiam
historie,niejednokrotnie wazna dla odwiedzanego miasta czy miasteczka.Moje
opisy sa bardzo pobierzne,ale to z tego względu na to,ze staram się skupiać na
danych odczuciach ,z konkretnej chwili.O Porto czy Santiago de Compostella
napisano cale tomy publikacji, po co wiec marnować uwagę czytelnika na karty
dziejow tych miejsc skoro to co ważne dzieje się w nas samych.Poza tym w
zasadzie zajmuje się przedstawianiem historyjek w postaci nastepujacych po
sobie ilustracji(wielu nazwie to uprawianiem komiksu,ale upieram się ,ze określenie
opowieść graficzna nieraz bardziej pasuje, zwazywszy na fakt o czym jest
historia,która rysuje)
Nie rozwinalem w opisie samej
drogi pomiędzy odcinkami,a przecież ona jest wazna.Nieraz jest to po prostu
iscie same w sobie.Czasem wypelnione wspominaniem momentow z zycia,rozmowami z
ludzmi czy odtwarzaniem napotkanych sytuacji.Jesli ktoś się spodziewal wybujałych
w szczegółach oszalamiajacych nakreslen cudow przyrody napotkanych na szlaku
rodem z Krzyzakow Sienkiewicza,to się myli.Owszem.Przyroda potrafi zaskoczyć swym pięknem,ale
wielokrotnie mamy w myślach wygląd zapuszczonych wsi i nieprzyjaznych
widokow.Takich,które sprawiają,ze człowiek ma ochote po prostu znaleźć się z
powrotem w domu przed laptopem i wlaczajac go nakarmić się czyms bardziej
pozytywnym na ekranie.Takimi miejscami bywaly opuszczone fabryki z zardzewiałymi
kanistrami po benzynie,straszącymi swymi szkieletami budynkami kompleksow przemyslowych
dawno zapomnianymi.Zastanawialo mnie czemu szlak idzie tedy?Nieraz przechodzilo
sie przez malowniczy zagajnik z mnóstwem zieleni i spiewajacych ptakow,by za
chwile wyjść na teren przypominający postapokaliptyczna wizje przyszłości jakiegoś
pisarza fantasy rodem z Mad Maxa 2.
Tak mniej więcej wygladal szlak pomiędzy
Pontevedra ,a Padron.Zgubilem się w myślach.Zapomnialem o Paulinie,Holendrze i
grupie Niemiecko-amerykanskiej.Moze swiadomosc nieuchronności celu,który był za
pasem wprawil mnie w taki pesymizm.Przeciez jeśli osiagne cel,nastepna okazja
do wedrowki będzie tylko ta pomiędzy fabryka,a domem.Monotonna i nudna,a tu
dzieje się wszystko.Karmie wszystkie swoje zmysły tym co dzieje się wokół mnie,a
w lepszy nastroj wprawia mnie tylko myśl,ze do Santiago jeszcze sporo drogi do
zrobienia.
W pewnym momencie na drodze pojawia się
grupa pielgrzymow.Sa za mna i przede mna.Jakby zeszli się każdy ze swojego
szlaku w jeden i teraz nim podążamy razem.Nie widze swoich znajomych.Moze sa
gdzies z tylu?Poczulem się raźniej wsrod innych.Teraz nie ide sam,ale przecież nigdy
nie szedłem sam.
Padron jest urokliwe w swej
malosci.(Tylko 9 tysiecy zamieszkujących ja ludzi)za to wielkie w swej
historii.To tu jak mowi legenda zostały przywiezione relikwie Sw.Jakuba oraz
jak informuje mnie znajomy niemiec tu odbyla się pierwsza msza.Wskazuje palcem
na wzgórze,ale nic o tym nie czytałem,a wzmianka Niemca nie ma w sobie jakiejś nuty podniecenia.Melduje się w
schronisku.Spotykam Pauline.Twarz ma wyczerpana,ale uśmiecha się,bo mowi ,ze
idzie na obiad i jeśli lubie osmiornice to mogę się przylaczyc.Nie lubie,wiec
zostaje.W holu mijamy Niemca,a Paulina tylko sztucznie się usmicha w powitalnym
geście.Ta historia chyba się nie skończy.
![]() |
| Padron |
sobota, 18 marca 2017
"Bez polskich znakow"czyli teksty na bezdrozach.
Droga Sw.Jakuba
Redondela-pontevedra, cz.8
Leje jak z cebra
gdy osiągam polowe trasy pomiędzy Redondela a Pontevedra.Im dalej na polnoc
wydaje się robic chłodniej.Nim wyruszyłem zdazylem się wywiedziec ,ze galicja
ma to do siebie,ze może okrasić wedrowke deszczem,choć nie spodziewałem się oberwania
chmury.Mijam Niemca,który zatrzymal się na chwile w kafejce.Spogladam na jego
kapote, az po kostki.W moim spojrzeniu jest odrobina zazdrości i sporo uznania ,a
może odwrotnie.Deszcz się nasila.Ide dalej.
Male miasteczka przez, które biegnie
trasa sa nijakie i nijak pasuja do
krajobrazu Hiszpanii.Sporo nowej zabudowy,poutykanych plomb wygladajacych jak
zle ociosane ,betonowe kloce,które maja przypominać modernizm.Podejrzewam,ze
wojna domowa z Franco w tle zrobila swoje,a potem rząd nie miał pieniędzy na
odwzorowanie wygladu budynkow z
osobliwym ich pietyzmem.Cale nieraz pierzeje skladaja się z samych takich
dziwolagow.Ciesze się,ze jedynym moim sladem w tym miejscu będzie zostawienie
50 euro centow za kartke pocztowa.
Prawie zapomnialem o
Holendrze,ale i o innych.Zastanawiam się czy warto o nich pamietac,bo może oni
zapomnieli dawno o mnie.Moze i dobrze,bo swiadomosc ulotności z ludzkiej pamięci
daje mi komfortowe ,cieple odczucie,ze jestem tylko gościem,który bedac tu
wezmie co swoje i odejdzie.Zapamieta chwile,aparat zapamięta obrazy i przybysz wroci
do domu z przekonaniem,ze to był swietny czas,niezapomniany urlop,przygoda
zycia. Może Paulina pamięta,ale ona wyszla wcześniej i pewnie osiagnela już następny
etap,Pontevedre.
Hamilton zaliczyl odcinek,Kubica
nadal gramoli się w deszczu.
![]() |
| Pontevedra |
![]() |
| Pontevedra |
![]() |
| Pontevedra |
![]() |
| Pontevedra |
"Bez polskich znakow"czyli teksty na bezdrozach.
Droga Sw.Jakuba
Tui- Redondela, cz.7
W drodze z Tui poznaje Pauline.Jest
po czterdziestce.Pochodzi ze Slowacji i jest wykladowca Uniwersytetu w Bratyslawie.Idzie
sama.Swoja droge zaczela dopiero w Tui.Mowi,ze podrozuje po Hiszpanii i byla już
na całym swiecie w związku z wyjazdami sluzbowymi.Zajmuje się botanika i ten
zawod sprawia jej radość.(jak milo robic cos co sprawia radość i milo spotkać kogos
komu praca sprawia radość.)
Idziemy w pelnym sloncu następny
30 km odcinek.Mijamy ogrody i gaje owocowe,a także stare rozpadające się budynki,o
których zapomnieli ludzie lecz czas pamietal.Rozmawiamy po angielsku, choć probuje
ukradkiem wtracac polskie zdania idąc na
latwizne.Ona jednak daje mi wyraźny sygnal,ze może lepiej pocwiczyc jezyk, który
zdominowal sfere kontaktow międzyludzkich na swiecie.Jest to jezyk angielski,a
nie polski,niestety.Posluguje się nim bardzo dobrze,ale Hiszpanski zna jeszcze
lepiej co udowadnia co jakiś czas pytając miejscowych o droge,gdy gubimy ja pogrążeni
w dyskusji o ludziach i podróżach.Czasem jej pogawedka z miejscowym przeciąga się,a
ja w tym czasie wytrzepuje male irytująco uciążliwe kamyczki z butow,które rania
mi stopy.
Pyta mnie czy spotkałem swoich rodakow
na szlaku.Zwieszam glowe,bo choć chciałbym powiedzieć,ze jest nas,polakow porozrzucanych
na swiecie co nie miara to jednak nie tu.Polacy sa wierzący i szlaki na Jasna Gore
zapelniaja się pielgrzymami co roku w sierpniu, kiedy to ruszają wesołymi grupami
do Czestochowy rozdając po drodze
obrazki z Matka Boska czy Jezusem.Pytam czy zna odpowiednik Hiszpanskiej
pielgrzymki w Polsce?Ale Paulina kreci glowa,ze nie.Ani Jasna Gora ,ani
Czestochowa nic jej nie mowi.Oznajmiam,ze na drodze nie spotkałem jeszcze
nikogo z mojego kraju,choć mowiac MÓJ kraj moglbym powiedzieć także o
Anglii,ale i zadnego Anglika także nie spotkałem.Sami Niemcy, Amerykanie i
Francuzi.Fakt milo by było porozmawiać w swoim jezyku bedac tak daleko od domu.Niestety.
Paulinie zdaje się nie przeszkadzać to,ze idzie sama.Nie ma dla
niej znaczenia czy tak daleko od domu poczuje jakas ulge spotykając rodaka czy
nie.Im dalej od polski jesteśmy tym glebiej pragniemy być z kims kto nasz kraj
nam przypomni,a przynajmniej przy tej osobie poczujemy się trochę jak w domu no
,bo Palac Kultury,Krakow czy spolne narzekanie ciut zbliza.
Wiele o niej nie wiem.Twierdzi,ze
idzie ,bo kocha trekking,ale kto wie co komu w duszy gra?W końcu ta trasa to
indywidualna sprawa,ale mnie nurtuje tak kwestia i długo draze ja w myśli podczas,
gdy Paulina co chwile patrzy na mape,aby nie zgubic drogi.
Rzeczywiscie doswiadczylem jakiejś
gorzkiej tęsknoty za rodakiem.Wieczorami,gdy rozkladalem się napietrowej pryczy
patrzyłem na pielgrzymow ,którzy rozmawiali ze swoimi we własnym jezyku,dzieląc
się doświadczeniami dnia.Pakowali ubrania do plecakow,nakładali kompresy na
zmeczone nogi.Miedzy amerykanami doszło do jakichś nieporozumień podczas drogi
i krzątali się wokół swoich lozek w milczeniu.Moze ktorys szedł za wolno i
spowalnial innych.Moze starzec,ale jemu trzeba wybaczyć.W końcu na tym opiera się
ta droga.Wzbogaceniu duchowym.Wiecej zrozumienia,wybaczania i wspolczucia.Jest
tez grupa niemcow,którzy palaja niechcecia do amerykanow.Oh-here they are,our
american friends-mowi Jurgen z wyraźnym niemieckim akcentem i ironia w glosie.Ale
amerykanie nawet nie patrza na niego,bo sa zbyt zmeczeni dniem.Kilka osob
puscilo porozumiewawczy uśmiech miedzy sobą,ale znow każdy wracal do swoich myśli
i przemyslen.Poczulem się na wyspie wśród ludzi.Nie jestem typem duszy
towarzystwa,który szybko zjednuje sobie ludzi i poznaje z latwoscia.Probuje zagadać
po angielsku do dziewczyn, z „niemieckiej”grupy
starego Jurgena,ale one nie maja ochoty rozmawiać po angielsku.Chichocza
tylko po cichu i mowia cos po niemiecku do siebie.Szkoda,ze nie mowie po
niemiecku,bo może ten wieczor uplynalby na wymianie jakichś myśli,które dalyby
mi ukojenie,bo mam tyle przecież do powiedzenia.Przeciez zgubiłem droge,ale odnalazłem
wlasciwy trakt,widziałem blyszczacy potok wśród skal mieniący się tysiącami kolorow
czy pejzaż wiejski jak z pocztówki.Ale co tam.Przeciez oni tez widzieli.Jutro
kolejny dzień.Moze pojawi się jakiś rodak po drodze,ale kolejny dzień rozwiewa
moje oczekiwania,bo nikt z polski nie pojawia się,ani jutro,ani wogole.
Rozmawiamy z Paulina przez
chwile o historii,ale brakuje mi slow i
dalej toczy się ta rozmowa jalowo i pobieznie.Mijamy Niemca w długiej po kostki
kapocie przeciwdeszczowej.Pozdrawia nas,ale Paulina robi to bez usmichu i jakby
z duza rezerwa.Gdy po chwili chce wrocic do tematu drugiej wojny swiatowej
Paulina zaczyna nowy temat nie majac ochoty wracac do niechlubnego rozdzialu w
historii swiata.Moze ten niemiec miał na to wpływ?Kazdy narod kreuje historie.Paulina
to wie,ten niemiec także.Lepiej to zostawić.To szlak przebaczania,choć nie ma
znaku,ze to na pewno ten.
Redondela tuz za
pasem.Przystajemy chwile,by napic się wody.Podchodzi do nas staruszek.Zobaczyl
nas z daleka i nie bacząc na spodziewana bariere jezykowa szukal kontaktu z
kims.Byc może mało kto i bardzo rzadko ktoś tedy przechodzi.Byc może poszliśmy bocznym
traktem ,mniej uczęszczanym. Jak wiele człowiek leku pokona być poczuc się przez
chwile wśród ludzi.Gdyby ow dziadek otoczony był gromadka swoich znajomych z czasów
lat dziecinnych i gral wesoło w kosci,zapewne nawet by nas nie zauwazyl,a nawet
może wydalibyśmy mu się nieco wrodzy.
Dziadek ,przebijając palcem warstwę
falującego,goracego powietrza wskazuje na wieze małego kosciolka w oddali i
mowi ni z tego ni z owego o proboszczu lokalnej parafii.Ksiadz miał dziecko ze
swoja gospodynią z plebanii,potem z jedna z parafianek,a potem…nie dowiadujemy się
,bo dziadek nie ma kilku zebow i jego hiszpański jest niewyraźny,a Pauliny
niedostatecznie dobry by zrozumieć.Potem starzec oddala się z pozdrowieniami
dla nas.Bom Caminho.Idziemy w milczeniu. Opowieść skrywala przesaczona tesknota za mlodoscia zazdrosc
do księdza o jego chwile przyjemności z lokalna dziewczyna,a także skrywala nute zalu za rzeczy ,które mogl
ow starzec zrobić w mlodosci a nie zrobil.Zalowal.Moze jedna z tych kobiet była
jego miloscia.Mowil,ze to sie zdarzylo,gdy był w moim wieku,a oni już dawno nie
zyja.Umarli zabierając ze sobą te skradzione chwile zapomnienia,a on przegapil
moment w zyciu,który był tak wazny.Wydawal się trwac wiecznie,lecz okazal się ulotny,ale
potem było już za pozno,aby cokolwiek zmienić,gdy nadeszla starość.
środa, 15 marca 2017
"Bez polskich znakow" czyli teksty na bezdrozach.
Droga Sw.Jakuba
Rubiaes-Valenca, Tui, cz.6
Cieszylem
się na myśl,ze opuszczam Rubiaes.Przypominalo mi polska zabita
dechami,zapuszczona wies,gdzie autobus kursuje raz dziennie,z walącymi się
domami i ludzmi wygladajacymi jak duchy,które wychodzą z szaf i starych
kufrow,gdy tylko pojawia się jacys nowi przybysze,aby zaproponować im nocleg w
zamian za odrobine modlitwy za dusze ,która niosa(modlitwe) do celu pielgrzymki.
Holender
opuscil miasteczko wcześniej,a to dlatego,ze już do Valenki dotarl przede
mna.(gdy tam dotarłem spotkałem go na korytarzu w schronisku,już po
prysznicu,zadowolony z siebie, po
kolacji ,nioscy won niczego innego
jak….tulipanow)
Po drodze
ide ramie w ramie z grupa Amerykanow.Dwoch po pięćdziesiątce i jeden staruszek
po 80tce.Wolno czlapia chyba ze względu na starca,ale on i tak sobie niezle
daje rade.Rozmawiam z CQ,tak kaze się nazywać i mowi ze pochodzą z Karoliny
polnocnej.Jest fizjoterapeuta i chwali się ,ze maja u siebie dwa metry sniegu w
zimie,gdy rozmowa schodzi na pogode(a schodzi zazwyczaj gdy koncza się inne
tematy)Drugi, James jest lekarzem,a trzeci Dan…nie pamiętam .,ale na pewno już
na emeryturze.Mowia,ze pielgrzymke do Santiago de Compostella robia szosty
raz.Mniej więcej co piec lat.Za każdym razem ida inna trasa,choć glowna,wzdłuż
polnocnej części Hiszpanii przeszli za pierwszym razem.Ponad szesc set
kilometrow i chyba nie w tym samym składzie co teraz.Lubia lazikowac i to jest
ich hobby.Kazdy dzień w innym miejscu,choć starzec zdaje się yc w drodze majac
inne powody.Swoje własne.Jest zachmurzony,jakby zamyslony.Juz w schronisku w
Tui,CQ smieje się z niego,ze dostal dolna prycze tylko dlatego,ze w ID miał rok
urodzenia 1930.Starzec obrażony scielil prycze,a ja swoja,bo dostałem gorna.
CQ rozbudza
moja chec przygody.Mowi,ze pracuje w zawodzie już tylko na pol etatu,bo stać go
utrzymać się pracując w takim wymiarze czasu.Mowi,ze nie ma zony wiec jest
latwiej.Mial,ale za dużo go kosztowala.Ich następnym celem będzie ameryka
poludniowa-odpowiada ,gdy pytam o plany podróżnicze na przyszlosc.Byli już
prawie na całym swiecie oprócz Europy wschodniej.Malo o niej wiedza i jak mi
się zdaje jest dla nich tylko miejscem z zaznaczonymi miastami,bez naniesionych
szczególnych miejsc,jak kopiec kosciuszki,grod w Biskupinie czy puszcza
białowieska.To jakby zaznaczyć na mapie Rzym i napisac tylko,ze mieszkają tam
ludzie,nic poza tym.Obok Neapol,tez mieszkają tam ludzie.
Ale oni
uwazaja europe chyba za jeden kraj,a komunizm na wschodniej scianie skutecznie
ograniczyl napływ informacji o tej części swiata dla zachodu i tak już się utarlo.Podkreslaja,ze
fajne jest u was to,ze wiele interesujących miejsc macie blisko siebie.Wenecja
stosunkowo niedaleko od Wiednia czy Paryz od Londynu.Dla nas jest to wyprawa,Niektórzy
amerykanie zapewne pokonują takie dystanse dojezdzajac codziennie do pracy.Znaja
Lech Walesa i Solidarity.Ciekawi ich to,dodaje.Kiedys pojada,rzuca w pol
uśmiechu.
Niby każdy idzie
osobno.Nocujemy w jednym schronisku idziemy tym samym szlakiem,stajemy na kawe
w tych samych barach,uzupełniamy wode u tych samych zrodel.Wydaje się,ze jednak
idziemy razem.Kazdy z nas czuje niewidzialna nic sympatii do drugiego i swego
rodzaju motywacje ,aby pokonać kolejny odcinek.Nie znamy się-mowia oczy CQ,ale
chce cie zobaczyc na końcu drogi z szerokim uśmiechem i satysfakcja odbycia
tej drogi.
Spotykam innego Amerykanina.Bill jest z Nowego Yorku i ma
problem alkoholowy.Nie wydaje się,by szedł prosić Boga o sile by pokonać uzależnienie,bo
za każdym razem,na każdym postoju pociąga z piersiówki lub spedza czas w pubach
zamiawiajac kolejne piwo,nie tylko dla siebie.Mowi,ze pol roku pracuje,aby zebrac pieniadze na podroze,a nastepne pol roku podrozuje.Zazdroszcze mu.
Wczesniej w schronisku w Rubiaes,
gdy wychodzę wieczorem pochodzić po miescie,widze go razem z CQ z butelka wina
i kieliszkami.Sa już wstawieni.Patrza na mnie i porozumiewawczo daja mi zaproszenie do wspólnej lampki,ale ja
odmawiam,bo ide na kolacje.Potem gdy wracam,na stole stoja już puste
butelki(najwidoczniej mieli więcej wina niz jedno) i wypalone kiepy w popielniczce.Nazajutrz
i tak wstali wcześniej i do Valenki dotarli przede mna.
Valenka i Tui to sasiadujace miasteczka malowniczo polozone
na wzgórzach.Maja zachowane mury obronne.Valenke i Tui dzieli most na rzece.Gdy
stoje na srodku niego,nie jestem ,ani w Valence ,ani w Tui jako,ze tu przebiega
granica Portugalii z Hiszpania.
Nim zamelduje się w schronisku.laze jeszcze po
Valence.Wchodze na mur,z którego doskonale widać sąsiednie miasteczko.Musialy się
tu toczyc zacięte bitwy miedzy tymi panstwami,ale nie ide w te historie
glebiej,bo szkoda mi czasu i konam ze zmeczenia.Kupuje kartke pocztowa(jak z każdego
miejsca,w którym jestem)i kieruje się w strone Tui.
Jestem w Hiszpanskiej Galicji,ale po prysznicu i tak jeszcze
„udam” się do Portugalii na kolacje i na przechadzke.
Jakas niemiecka wycieczka glosno i wesoło spiewa piosenke w radosnym uniesieniu pokonania kolejnego odcinka.Ciesze się razem z nimi,ale po cichu.Odnioslem jakiś swój maly sukces.Pokonalem odcinek i wyciagnalem pewne wnioski z własnego zycia,które potem wplyna pozytywnie na mnie samego,a przecież o to chodzi.Droga czegos musi nauczyć.Czego Hiszpania mnie nauczy?
poniedziałek, 13 marca 2017
"Bez polskich znakow" czyli teksty na bezdrozach.
Droga Sw.Jakuba
Ponte de lima-Rubiaes, cz.5
Jeszcze tylko raz spotkałem grupe
kanadyjek na szlaku.Potem nigdy więcej się nie zobaczyliśmy.Podejrzewam,ze
przyspieszyly wedrowke korzystając z komunikacji autobusowej(skandinad
przedsiewziecie niedozwolone jeśli chce się uzyskac testimonium na końcu szlaku,w Santiago) lub odbily gdzies na bok
,zwiedzić wybrzeże lub zostały dluzej w jakiejś miejscowości.Holendra spotkałem
jeszcze pare razy,ale nie wydawal się szczęśliwy widzac mnie.Moze doszedł do
wniosku, ze był zbyt wylewny podczas naszej pierwszej pogawędki na
przedmieściach Porto albo potraktowal mnie z góry i zle się z tym czul?nie
wiem.
Ten odcinek dal mi popalić.Choc nie tak dlugi,bo jakies 20 km to jednak trzeba było niejednokrotnie wlazic pod gorke. Dostalem tez w kosc,bo slonce prazylo niemiłosiernie cala droge.
Mijam gaje pomarańczowe i ide wąskimi przesmykami z niskimi kamiennymi murkami.Wzdluz nich drewniane podpory na pnącza winorośli,które tworza jakby tunel spomiędzy, którego rozciąga się krajobraz portugalskiej sielanki.
Mija mnie malzenstwo w srednim wieku,chyba Niemcy albo Francuzi.Ida prężnie i twardo,jednym tempem choć buty wbijają się gleboko w piaszczysta wiejska droge.Pozdrawiamy się ,ale ja musze chwile przycupnąć pod drzewem i napic się wody.
Choc ide,bo ide,aby isc,bez, jak mi się wydaje, zadnego duchowego powodu to jednak piesza ,samotna wedrowka skalnia do rozwazan i rozmyslan nad tym co jest w naszym zyciu ,co przeszkadza,co można poprawić,zmienić,polepszyć.W końcu stad,ze słonecznej Portugalii widać trochę lepiej te moje angielskie ogrody*,londyńskie autobusy czy czerwone skrzynki pocztowe.
Kazdego cos gnębi i przytłacza.Wiedzialem co wówczas było zle w moim zyciu,ale nie zawsze latwo jest o zmiany,zbyt często człowiek się boi.Droga sprawila,ze doszedłem do pewnych wnioskow.Po powrocie postanowiłem,ze tak dużej nie mogę i….juz w deszczowej anglii,zmienilem prace,co okazało się trafnym krokiem.
Mijam przydrożne kapliczki.Portugalia to katolicki kraj.Ludzie sa bardzo przyjazni i usmiechnieci.Ile razy stanalem jak kolek na skrzyżowaniu nie wiedzac dokad isc,bo gdzies zolta strzalka umknela mi w zamyśleniu.Zauwazylem kogos w oknie,kto pewnie obserwowal mnie z zaciekawieniem od paru minut i gdy nasz wzrok spotkal się reka tej osoby wskazywala mi wlasciwy kierunek.Przypomnial mi się holender z jego gps-em i google street.On pewnie nie zauwazylby nie tylko znaku,ale i osoby w oknie chcącej wskazać mu kierunek wedrowki polegając na swej wspolczesnej technologii,choć i ona jest pomocna.
Podoba mi się ta cisza i spokoj portugalskiej wsi.Jest zupełnie podobna do polskiej.Czulem się bardzo zdala od swiata i to mi się podobalo.Oni chyba nie maja zegarkow.Czas plynie tu wolno jak w pamiętnych scenach westernow Sergio Leone,którego jestem fanem.Choc były kręcone w Hiszpanii i we Wloszech to jednak krajobraz Portugalii nie odstepuje tym wlosko-hiszpanskim jeśli chodzi o podobieństwo.Mozna by z przekonaniem uznac,ze i tutaj można by krecic westerny,choć Hollywood uznalo inaczej.
Ide dalej i na chwile odpływam w zamyslnie:
Jakis oblok kurzu wzbil się na delikatnym wietrze,pokoziolkowal, by zatrzymać się na pojemniku z woda dla koni.Te same male kosciolki jak na meksykańskiej wsi,opalone kobiety w białych sukniach,a za nimi chowające się w niesmialosci male dzieci.Gdzies jakiś koniokrad stuknal ostroga.Pare osob wyjrzalo na ulice z salonu i patrza na mnie..jak ide.Ale dość tego filmu.Czas wracac na droge.
Jestem już blisko Rubiaes.Konczy mi się woda,wiec uzupełniam butelke ze zrodelka nieopodal.I znow ta pamietna scena z filmu,gdy Brzydki scigal Dobrego przez bezkres pustyni i zaczerpnal gdzies wody po drodze.A może wsadzil glowe do wodopoju dla koni bedac u celu drogi?Nie pamiętam.Ale co tam.Ja nikogo nie scigam,ani nikt mnie.
Gdy dotarłem do Rubiaes slonce zaszlo.Bylo daleko po południu i miało zebrac się na deszcz.Zameldowalem się w schronisku i podsunalem właścicielowi domu Credencial do podbicia.Kilka znajomych twarzy zameldowalo się tu również.Tutaj spotkałem poraz pierwszy grupe Amerykanow i Niemcow,ale ani sladu Holendra.Pozniej się okazało,ze miał zarezerowane miejsce w hotelu gdzie spedzil noc.Moze i miał nosa,bo ta noc w schronisku nie nalezala do najprzyjemniejszych.Ktos polozyl się do wyra w opakowaniu nie biorac prysznica,a pol nocy sluchalem niemiłosiernej symfonii kaszlu,pomruków i chrapania zmeczonch pielgrzymow.Mial nosa ten holender.W jego pokoju hotelowym ,na stoliku na pewnio staly i pachnialy tulipany.
Rubiaes jest brzydkie.To wioska,która ma trzy domy na krzyz.Jedna przydrozna knajpa,dom sołtysa i kosciol.Po prysznicu poszedłem na spacer z parasolem.Zaczelo kropic,ale spotkałem holendra.Powiedzial mi z rubaszna przyjemnoscia o dogodnościach hotelu, w którym się zatrzymal i choć c z jakiegos powodu za mna nie przepadal(może wyczul,ze wyczulem jego przyjemność z wywyższania się nad innymi narodami,zwłaszcza tymi ze wschodniej europy )ale gdy go zobaczylem idącego z naprzeciwka widziałem na jego twarzy autentyczna radość,ze się spotkalismy.Chyba nie miał do kogo ust otworzyć i szukal rozmowcy.Jego angielski był slaby ,a mój jeszcze słabszy,ale i tak wymieniliśmy pare doswiadczen z dotychczasowje drogi.Potem rozeszliśmy się każdy w swoja strone.
*moj adres zamieszkania w Anglii.
Subskrybuj:
Posty (Atom)


































