czwartek, 11 maja 2017

robocze....


Nim powstanie ostateczna wersja rysunku w kadrze, niezbedne sa szkice, aby osiagnac wlasciwy efekt i ksztalt postaci.Ten wykonalem w drodze do Canterbury na kawalku koperty.Efekt koncowy w szarosciach dokleilem pozniej.Ostateczna wersja znajdzie sie w majowym numerze AKTu.

Przypadki Ireny."Ojszczyzna polszczyzna.


       Dwie strony do majowego numeru AKTu.Tym razem Babcia przyjrzy sie jakim jezykiem wlada dzisiejsza mlodziez i nie bedzie zadowolona z obcobrzmiacych "zachodnich"nalecialosci.Ale i z tym problemem, tak jak z kazdym, sobie poradzi.

Maj.

Okna mieszkania przy ul.Kazimierza Wielkiego (gdzie mieszkalem w latach 2003-2007) wychodzily na szeroka arterie W-Z.W latach komuny z okien widac bylo pochody z flagami i transparentami na 1 maja.Bo na trzeciego maja chowano wszystkie flagi z obawy by nie wyplowialy od slonca:)

sobota, 15 kwietnia 2017

kwiecien...

Jaz opatowicki we Wroclawiu to miejsce spedzania czasow w dziecinstwie.To takze miejsce gdzie dziadek wedkowal.Zawsze jednak na robaka...

"Bez polskich znakow" czyli teksty na bezdrozach.

 Droga Sw.Jakuba
Santiago de Compostella ,cz.10       

 Kolejny poranek  i  znow dreszcz podniecenia przed kolejnym odcinkiem,ale już nie tak silny i ekscytujacy,bo wiem ,ze 20 km dalej jest cel mej podrozy.Sniadanie;jajko sadzone ,bulka z dżemem i kawa.Malo,ale w plecaku mam jeszcze prowiant z wczoraj.Niemal przez cala droge jest sucho.Spotykam po drodze pojedynczo idących znajomych,ale tylko tych ,których mijałem wieczorami w schroniskach,gdy rozlokowani w pokojach udawaliśmy się na kolacje.Kazdy z osobna pragnal wyciszenia.Nikt nie zabiegal o towarzystwo.Byli mi nieznani,a ja im.Z nimi nie wymieniałem pogladow,nie rozmawiałem o sporcie czy wyglądzie miasteczek,które wspólnie,lecz z osobna odwiedzaliśmy po drodze.Oni pozostali bezimienni.




     Pozdrawiamy się ,bo każdy widzi obok siebie towarzysza wspólnej wedrowki,cięższej czy lżejszej,w deszczu czy w upale.Czasem człowiek przyjezdza tu po wyciszenie i to pragnie otrzymać.Nie trzeba się wpychać na sile ze spoufalaniem i zaprzyjaźnianiem.
Wynurzam się z pod wzniesienia,aby znow zanurkować w kolejna sciezynke wijaca się wśród drzew i zarosli.Gdy wychynam glowe na powierzchnie jak spragniony powietrza pływak znad poziomu wody widze w oddali wieze katedy w Santiago.A wiec jestem blisko.Zostaje jakies trzy kilometry.Wieze sa niewyraźne,ale da się wyczuć wyjatkowosc tego miejsca.Znow nurkuje w zarosla.Droga wije się tu niczym waz.Kawalek ide wzdłuż torow kolejowych.Ktos,jakiś pielgrzym idzie również przede mna,a i za mna kroczy dwóch.
             W końcu wynurzam się caly na powierzchnie,bo jestem na przedmieściach.Robi się coraz gęściej od pielgrzymow.Jestem zmeczony,ale szczęśliwy.Widze na ich twarzach wyraz podobnej radości z nuta zawodu,ze to już.Inni pojada jeszcze do Finisterry,na wybrzeże,ale ja już nawet nie mam funduszy,aby pojechać z nimi.So long – mowi – CQ z Karoliny polnocnej,gdy spotykamy się na jednej z uliczek na starowce.Nie chcą tracic czasu i jada jeszcze do Finisterry.Podroznik się zawsze spieszy,by moc zobaczyć ile się da.It was a great trip.I hope we meet again one day.Ale nie spotkaliśmy się więcej.Szkoda.
               Spotkalem za to Holendra.Stal w kolejce w punkcie wydawania Testimonium.Potem otrzymawszy nasze certyfikaty(poświadczenia odbycia pielgrzymki jak kto woli,choć brzmi to raczej jak powod przymusowej wycieczki z klasa do nielubianego przez wszystkich muzeum szkla,albo porcelany.)Udalismy się do jednej z magicznych kawiarenek mieszczącej się w wąskiej uliczce miasta.Ubawilo go,gdy przeczytałem swoje imie na Testimonium pisane po lacinie.Christophorum,brzmiało jak masc na hemoroidy,a  on nie chcial pokazac swojego mowiac ze jest gdzies gleboko zakopany w plecaku i nie chce go pomietolic przy wyjmowaniu.Saczyl piwo przybierając poze najedzonego i wypoczętego sołtysa z jakiejś polskiej zabitej dechami dziury  czując chyba ciagle przewagę kulturowa nade mna.Przebylismy taka sama droge(choc on pewnie pomagal sobie komunikacja miejska),podobnie stopy puchly nam ze zmeczenia,ale on wydawal się czuc lepszy i gorowac nad innymi swa holenderskoscia.Pomimo tego,ze tak samo wylewaliśmy pot, on uwazal pewnie,ze na jego sciezce ktoś rozwinal czerwony dywan(specjalnie dla niego ),a on zaszczycil innych swa osoba stawiając stopy na nim podczas, gdy stopy reprezentantow innych narodow(gorszych w jego mniemaniu)były mniej swiete niż jego.
        Może rzeczywiście był sołtysem na jakiejś holenderskiej wsi,a nie jak mowil wlascicielem pola kempingowego?Ale co tam.Potem rozeszliśmy się.Ja do schroniska.On do wynajętego(jasnie panicz)pokoju w hotelu.
         Pauliny również nie spotkałem.Pamietam tylko,ze za nasz ostatni obiad w restauracji,który razem jedliśmy zaplacila ona.O czym nie wiedziałem.Pewnie to miała być niespodzianka i jakas forma podziękowania za wspólne lekcje angielskiego i spędzenie czasu razem.Gdy po posiłku podszedłem zaplacic,kelner powiedział ,ze już zapłacone.Milo z twojej strony Paulina.
      Na drugi dzień zwiedzam Santiago.Chodze uliczkami.Robie zdjęcia.Mysle o tym co się zdarzylo w podrozy,ale moja uwagę od myśli odwracają bryloczki,krzyżyki i inne duperele,które maja omamić turystow swym  wątpliwym blogoslawienstwem.Ma to ich przekonać,ze to ten ,a nie inny jest tym ,którego dotknal sam Jezus.Przewaznie wykonane sa z tandetnych materiałów i nie grzeszą pieknoscia.Miasto kipi gwarem rozmow i tloku,wiec uciekam jak najdalej.
      Chce się wyspowiadać.Kilka grzesznych myśli się nazbieralo w czasie drogi.W katedrze wspaniala msza z ogromnym rozbujanym  kadzidłem.Ide wzdłuż nawy,szukam kenfesjonalu z flaga mojego ojczystego kraju,ale nie znajduje.Goruja angielski,niemiecki francuski.To co chciałbym powiedzieć księdzu byłoby czyms osobistym(zawsze jest),czyms co wyrazić moglbym jedynie w swoim ojczystym jezyku,ale musze to zachować dla siebie,bo polskojęzycznego kaplana tu nie uświadczysz.Moze był,ale zbyt się spiesze ,aby go szukac.Jeszcze tyle ulic w miescie ,zakamarków,zakatkow zostało,aby je odkryc.A to jest chyba ważniejsze i to wygrywa z potrzebami ducha.

Wracam do domu.

              Nad moim biurkiem widnieje mapa Europy.Zaznaczam na niej miejsca ,które już odwiedziłem.Po wedrowce,kiedy na swiezo ,z piachem we włosach i opalenizna na ramionach usiadłem za biurkiem,pierwsza mysla jaka mi przeszla przez glowe było pytanie;Co ja tu robie majac na myśli miejsce mego zamieszkania,Przeciez zycie jest tam skad wrocilem.I rzeczywiście,przez moment nie moglem zrozumieć,ze musze wrocic do codzienności.Codziennych porannych kaw i platkow owsianych,spotykanych po jednostajnej drodze do pracy sasiadow,mowiac im należyte dzien dobry,tego co musze ,a nie co chce,pobudek o jednostajnej 6 rano,do zycia bez uniesien gdzie każdy dzień jest tak samo mdly jak poprzedni,a swiadomosc kolejnego takiego samego mdłego dniach nazajutrz nie nastraja optymistycznie .Najgorsza jest jednak swiadomosc ,ze tracimy cos ważnego,poczucie przygody, godząc się na smutne i szare zycie za co nagroda jest pare pensow na emeryturze i iluzja bezpieczeństwa doczesnej egzystencji.



          Pamietam,ze te iluzje przygody zycia znikly gdzies w mrokach moich dziejow gdzies pomiędzy;jeszcze jestem chłopcem,ale za chwile mezczyzna.Przeciez nie tak to miało wygladac(idealista).Mialem doswiadczac codziennie innych doznan.Mialem spotykać innych ludzi i odwiedzać inne miejsca.Byc tu i tam,a na końcu napisac o tym ksiazke lub narysować komiks.Pewnie kiedys to zrobie.

Koniec.

niedziela, 19 marca 2017

"Bez polskich znakow"czyli teksty na bezdrozach.

Droga Sw.Jakuba
Pontevedra – padron, cz.9
             Nie pisze o miejscach,zostawiam historie,niejednokrotnie wazna dla odwiedzanego miasta czy miasteczka.Moje opisy sa bardzo pobierzne,ale to z tego względu na to,ze staram się skupiać na danych odczuciach ,z konkretnej chwili.O Porto czy Santiago de Compostella napisano cale tomy publikacji, po co wiec marnować uwagę czytelnika na karty dziejow tych miejsc skoro to co ważne dzieje się w nas samych.Poza tym w zasadzie zajmuje się przedstawianiem historyjek w postaci nastepujacych po sobie ilustracji(wielu nazwie to uprawianiem komiksu,ale upieram się ,ze określenie opowieść graficzna nieraz bardziej pasuje, zwazywszy na fakt o czym jest historia,która rysuje)
             Nie rozwinalem w opisie samej drogi pomiędzy odcinkami,a przecież ona jest wazna.Nieraz jest to po prostu iscie same w sobie.Czasem wypelnione wspominaniem momentow z zycia,rozmowami z ludzmi czy odtwarzaniem napotkanych sytuacji.Jesli ktoś się spodziewal wybujałych w szczegółach oszalamiajacych nakreslen cudow przyrody napotkanych na szlaku rodem z Krzyzakow Sienkiewicza,to się myli.Owszem.Przyroda potrafi zaskoczyć swym pięknem,ale wielokrotnie mamy w myślach wygląd zapuszczonych wsi i nieprzyjaznych widokow.Takich,które sprawiają,ze człowiek ma ochote po prostu znaleźć się z powrotem w domu przed laptopem i wlaczajac go nakarmić się czyms bardziej pozytywnym na ekranie.Takimi miejscami bywaly opuszczone fabryki z zardzewiałymi kanistrami po benzynie,straszącymi swymi  szkieletami budynkami kompleksow przemyslowych dawno zapomnianymi.Zastanawialo mnie czemu szlak idzie tedy?Nieraz przechodzilo sie przez malowniczy zagajnik z mnóstwem zieleni i spiewajacych ptakow,by za chwile wyjść na teren przypominający postapokaliptyczna wizje przyszłości jakiegoś pisarza fantasy rodem z Mad Maxa 2.
              Tak mniej więcej wygladal szlak pomiędzy Pontevedra ,a Padron.Zgubilem się w myślach.Zapomnialem o Paulinie,Holendrze i grupie Niemiecko-amerykanskiej.Moze swiadomosc nieuchronności celu,który był za pasem wprawil mnie w taki pesymizm.Przeciez jeśli osiagne cel,nastepna okazja do wedrowki będzie tylko ta pomiędzy fabryka,a domem.Monotonna i nudna,a tu dzieje się wszystko.Karmie wszystkie swoje zmysły tym co dzieje się wokół mnie,a w lepszy nastroj wprawia mnie tylko myśl,ze do Santiago jeszcze sporo drogi do zrobienia.
           W pewnym momencie na drodze pojawia się grupa pielgrzymow.Sa za mna i przede mna.Jakby zeszli się każdy ze swojego szlaku w jeden i teraz nim podążamy razem.Nie widze swoich znajomych.Moze sa gdzies z tylu?Poczulem się raźniej wsrod innych.Teraz nie ide sam,ale przecież nigdy nie szedłem sam.


               Padron jest urokliwe w swej malosci.(Tylko 9 tysiecy zamieszkujących ja ludzi)za to wielkie w swej historii.To tu jak mowi legenda zostały przywiezione relikwie Sw.Jakuba oraz jak informuje mnie znajomy niemiec tu odbyla się pierwsza msza.Wskazuje palcem na wzgórze,ale nic o tym nie czytałem,a wzmianka Niemca nie ma  w sobie jakiejś nuty podniecenia.Melduje się w schronisku.Spotykam Pauline.Twarz ma wyczerpana,ale uśmiecha się,bo mowi ,ze idzie na obiad i jeśli lubie osmiornice to mogę się przylaczyc.Nie lubie,wiec zostaje.W holu mijamy Niemca,a Paulina tylko sztucznie się usmicha w powitalnym geście.Ta historia chyba się nie skończy.



Padron

sobota, 18 marca 2017

"Bez polskich znakow"czyli teksty na bezdrozach.

Droga Sw.Jakuba
Redondela-pontevedra, cz.8

                 Leje jak z cebra gdy osiągam polowe trasy pomiędzy Redondela a Pontevedra.Im dalej na polnoc wydaje się robic chłodniej.Nim wyruszyłem zdazylem się wywiedziec ,ze galicja ma to do siebie,ze może okrasić wedrowke deszczem,choć nie spodziewałem się oberwania chmury.Mijam Niemca,który zatrzymal się na chwile w kafejce.Spogladam na jego kapote, az po kostki.W moim spojrzeniu jest odrobina zazdrości i sporo uznania ,a może odwrotnie.Deszcz się nasila.Ide dalej.
                Male miasteczka przez, które biegnie trasa sa nijakie i nijak  pasuja do krajobrazu Hiszpanii.Sporo nowej zabudowy,poutykanych plomb wygladajacych jak zle ociosane ,betonowe kloce,które maja przypominać modernizm.Podejrzewam,ze wojna domowa z Franco w tle zrobila swoje,a potem rząd nie miał pieniędzy na odwzorowanie  wygladu budynkow z osobliwym ich pietyzmem.Cale nieraz pierzeje skladaja się z samych takich dziwolagow.Ciesze się,ze jedynym moim sladem w tym miejscu będzie zostawienie 50 euro centow za kartke pocztowa.
               Prawie zapomnialem o Holendrze,ale i o innych.Zastanawiam się czy warto o nich pamietac,bo może oni zapomnieli dawno o mnie.Moze i dobrze,bo swiadomosc ulotności z ludzkiej pamięci daje mi komfortowe ,cieple odczucie,ze jestem tylko gościem,który bedac tu wezmie co swoje i odejdzie.Zapamieta chwile,aparat zapamięta obrazy i przybysz wroci do domu z przekonaniem,ze to był swietny czas,niezapomniany urlop,przygoda zycia. Może Paulina pamięta,ale ona wyszla wcześniej i pewnie osiagnela już następny etap,Pontevedre.

                      Hamilton zaliczyl odcinek,Kubica nadal gramoli się w deszczu.
Pontevedra

Pontevedra

Pontevedra

Pontevedra